|
Paul Portner Szalone nożyczkiShear Madness Szalone nożyczki to jedna z najpopularniejszych komedii kryminalnych ostatniego dwudziestolecia - w 1997 wpisano ją do światowej księgi rekordów Guinnesa jako najdłużej bez przerwy graną sztukę (niebędącą musicalem) na scenach amerykańskich. Jej atrakcyjność polega na tym, że realizatorzy i wykonawcy zawsze sytuują akcję sztuki „tu" i „teraz", aby widzowie mogli rozpoznawać w przedstawieniu specyfikę swojego miasta, jego instytucje oraz znanych mieszkańców. Czytelność uwarunkowań lokalnych jest ważna dlatego, że publiczność staje się współwykonawcą spektaklu i ma swój udział w rozwiązywaniu kryminalnej zagadki. Ten interaktywny teatr dzięki zaangażowaniu widzów każdego wieczoru ma inny przebieg, dlatego warto obejrzeć Szalone nożyczki kilka razy. Recenzje Kaliszan portret własny?
Kto szuka w teatrze wyłącznie rozrywki, uwielbia zabawne sytuacje, pokrętne intrygi i kryminalne zagadki, lubi też sam pokierować akcją, szukając odpowiedzi na nieśmiertelne pytanie "Kto zabił?" - powinien koniecznie obejrzeć najnowszą premierę Teatru W. Bogusławskiego w Kaliszu.
"Szalone nożyczki" to dziś już sztuka legendarna! Kryminalna farsa pióra Paula Portnera, niemieckiego psychologa, literata i reżysera, powstała prawie pół wieku temu jako rodzaj eksperymentalnej psychodramy. Jej światowa kariera rozpoczęła się dopiero po amerykańskiej premierze w Bostonie w 1980 r. Przetłumaczona na kilkanaście języków, doczekała się blisko 60 realizacji. W I997roku wpisano ją do księgi rekordów Guinnesa jako sztukę najdłużej graną bez przerwy na amerykańskich scenach. W Polsce po raz pierwszy wystawił ją w 1999 roku Teatr Powszechny w Łodzi, który do dziś utrzymuje ją w swym w repertuarze.
Na czym polega fenomen tego dzieła? - Sądząc po kaliskim spektaklu, przede wszystkim na aktywnym udziale publiczności w kreowaniu scenicznej akcji. W tym przedstawieniu tylko pierwszy akt należy do aktorów. W drugim znacznie więcej ma do powiedzenia publiczność i od niej też zależy finał tej dość spontanicznej zabawy. Każdy może tu wykazać się refleksem i humorem, spostrzegawczością i logicznym myśleniem, a także oczytaniem w "kryminałkach". Może też podyskutować sobie - jak równy z równym - ze scenicznymi postaciami. Choć przez chwilę poczuć się aktorem czy nawet reżyserem, a de facto demiurgiem decydującym o losach bohaterów sztuki. I chyba właśnie te mechanizmy, dość podobne do obowiązujących w popularnych grach komputerowych, decydują dziś o atrakcyjności tego spektaklu zwłaszcza wśród młodych widzów.
Drugą niewątpliwą zaletą tej sztuki jest jej niedookreślenie, co sprawia, że znakomicie wpisuje się ona w najróżniejsze konteksty. Można ją zagrać w dowolnym miejscu i czasie, a zawsze będzie brzmiała aktualnie! Na kaliskiej scenie rzecz dzieje się oczywiście "tu i teraz" czyli w Kaliszu u progu 2009 roku. Miejsce akcji to zakład fryzjerski, tyleż nowoczesny co bałaganiarski - z tą charakterystyczną aurą chaosu i nieprzewidywalności, w której brzytwa w ręku lekko rozkojarzonego fryzjera budzi więcej lęku niż wiary w jego manualne talenty. Personel zakładu i jego dość osobliwi klienci deliberują w kółko o tych samych sprawach, które utrudniają ale też ubarwiają im życie, raz po raz przywołując też lokalne ploteczki. A przy okazji wplątują w sceniczną rzeczywistość różne kaliskie "znakomitości" na czele z (tracącym ostatnio popularność) prezydentem Pęcherzem, (niezmiennie wziętym) mecenasem Fortuną czy też (wiecznie bezkonkurencyjną) kaliską poetessą Urszulą Zyburą. W ich dialogach odzywają się też echa odwiecznych konfliktów kalisko-ostrowskich czy też znamiennego poczucia wyższości tych z miasta nad tymi ze wsi. Prowincjonalna dama, która wpada się uczesać, mimochodem reklamuje swój sklepik z odzieżą pod ratuszem. A nazwiska dwóch dżentelmenów, którzy okazują się policjantami, brzmią dziwnie znajomo... Publiczność oczywiście bezbłędnie wychwytuje te aluzje - raz komplementujące, raz lekko złośliwe - i też nieźle się nimi bawi. A jeśli jeszcze z czasem zacznie dodawać swoje własne, zabawa ma szansę nabrać większego wigoru.
Atutem kaliskiego spektaklu jest też niezłe aktorstwo. Najwięcej aplauzu zbiera tym razem Szymon Mysłakowski w roli uroczego, przymilnego młodzieńca, który wyżej ceni sobie towarzystwo panów niż pań. Niewiele ustępują mu jednak Agnieszka Dzięcielska jako pretensjonalna dama "ze sfer" i Agnieszka Dulęba-Kasza w roli powabnej fryzjerki, pielęgnującej głównie własne paznokcie. Bardziej stonowane, a dzięki temu także odróżniające się postacie, tworzą Zbigniew Antoniewicz, Wojciech Masacz i Michał Wierzbicki. Ten ostatni musi też zapanować nad całą sceniczną improwizacją. Podczas premiery poszło mu to dość łatwo. Nie można jednak wykluczyć, że publiczność kiedyś go ostro zaskoczy...
Samej intrygi sztuki zdradzać nie wypada. Ujawnię więc już tylko tyle, że nad potencjalnym winnymi odbywa się w teatrze rodzaj "sądu ludowego". Co dziś można odebrać chyba tylko jako totalną kpinę z wymiaru sprawiedliwości, wszelkich głosowań i wyborów - czyli całej naszej kalekiej demokracji. Szukanie jednak głębszych sensów w tym spektaklu chyba nie ma jednak większego sensu. A jeśli już, to warto byłoby się raczej przyjrzeć samej widowni i wyciągnąć wnioski z jej reakcji. Zastanowić się np. dlaczego kaliszanie najczęściej przypisuje rolę czarnej owcy atrakcyjnej blondynce? Dlaczego tak łatwo rozgrzeszają podejrzanego handlarza czy milutkiego młodzieńca? Czemu motywy finansowe zdają się być dla nich ważniejsze niż emocjonalne? Czy taka jest uroda kaliszan, czy może to w ogóle znak naszych czasów?»
Bożena Szal-Truszkowska, "Ziemia Kaliska ", 2009-01-16 Niesamowita frekwencja na "Szalonych nożyczkach"
Widzowie zjeżdżający się autokarami z całego regionu i politycy proszący o wejściówki, to zjawisko, z którym Teatr im. W. Bogusławskiego w Kaliszu nie miał do czynienia od dawna. Wszystko za sprawą "Szalonych nożyczek", jednej z najpopularniejszych komedii kryminalnych ostatnich lat, która obecnie wystawiana jest od 10 stycznia na kaliskiej scenie. Dzieje się tak, bo w sztukę wpleciono postaci kaliskiego świecznika, w tym prezydenta miasta.
«Na lutowe spektakle bilety już dawno zostały wyprzedane. Repertuar na marzec będzie znany po 10 lutego i dopiero wtedy rozpocznie się sprzedaż na kolejne przedstawienia.
- Przygotowując tę sztukę, miałem nadzieję i marzyłem, że ludzie będą chcieli ją zobaczyć - mówi Igor Michalski, dyrektor kaliskiego teatru. - Nie sądziłem jednak, że będzie ona tematem rozmów na spotkaniach towarzyskich, a posłowie będą do mnie dzwonili i prosili o wejściówki. Niestety, muszę im odmawiać, bo wolnych miejsc po prostu nie ma.
Statystyki pokazują, że do teatru chodzi średnio około 4 procent mieszkańców miasta. Jednak za sprawą "Szalonych nożyczek" w tym roku wynik ten będzie zdecydowanie lepszy. Teatr zaczęli odwiedzać ci, którzy nie byli na żadnym przedstawieniu od lat.
- Do pójścia na spektakl namówiła mnie koleżanka, która była ha premierze. Ostatni raz w kaliskim teatrze byłam trzy lata temu przy okazji Kaliskich Spotkań Teatralnych - opowiada Halina Antkowiak. - Na "Szalonych nożyczkach" można się dobrze bawić, a nie męczyć zastanawieniam, co autor miał na myśli.
Kaliszan do teatru przyciąga nie tylko humor, fantastyczna scenografia i gra zespołu. Sztuka została osadzona w kaliskich realiach. Lokalne wtręty przewijają się niemal przez całe przedstawienie, a publiczność regularnie parska śmiechem, słysząc, że zabójca zostanie wskazany przez głosowanie. Wówczas domniemany sprawca odpowiada, że na prezydenta Pęcherza też głosowano. Sekcję zwłok ma prowadzić Andrzej Kledzik (kaliski lekarz), a policjantem jest znany w mieście emerytowany funkcjonariusz Krzysztof Majchrzak, zwany "Rambo". Salwy śmiechu wywołuje scena, kiedy komisarz policji, grany przez Michała Wierzbickiego chwyta za telefon, prosi o połączenie z prezesem klubu Ostrovia Ostrówina - gle wypala do słuchawki: - Był, będzie, jest kaliski Ka-Ka-Es -by za moment wrócić do swoich przerwanych zajęć.
- Nie byłem jeszcze na przedstawieniu, ale od tych, którzy je oglądali, słyszałem, że moje nazwisko pada w pozytywnym kontekście - mówi Janusz Pęcherz, prezydent Kalisza.
"Szalone nożyczki" tam, gdzie tylko są wystawiane, biją wszelkie rekordy oglądalności.
-Spektakl będziemy grali tak długo, jak tylko widzowie będą go chcieli oglądać- zapowiada Igor Michalski. - Jednocześnie mam nadzieję, że po "Szalonych nożyczkach" publiczność będzie chciała zobaczyć także inne przedstawienia.
Sztuka z księgi rekordów
"Szalone nożyczki" Paula Portnera w 1997 roku trafiły do księgi rekordów Gulnnessa jako najdłużej bez przerwy grana sztuka (niebędąca musicalem) na scenach amerykańskich. "Szalone nożyczki" są także niezwykle popularne w Polsce. Teatr Powszechny w Łodzi gra ją nieprzerwanie od niemal 10 lat. Jej atrakcyjność polega na tym, że jest ona osadzona w lokalnych realiach, a publiczność staje się współwykonawcą spektaklu i ma swój udział w rozwiązywaniu kryminalnej zagadki.
Kaliskie nożyczki
Stefan Drajewski dziennikarz działu opinie
"Szalone nożyczki" w Bostonie grane są nieprzerwanie od 29 lat, w Łodzi od dziesięciu. Podobny los wróżę kaliskiej realizacji. Reżyserem kaliskiego i łódzkiego przedstawienia jest Marcin Sławiński, który zna receptę na sukces tej niemieckiej farsy. Trzeba ją usytuować "tu i teraz", aby widzowie mogli rozpoznać znajome sobie kąty i ludzi, ponieważ1 sami w pewnym momencie stają się uczestnikami przedstawienia.
To dość oczywista prawda, że każdy chętnie poczyta o swoich sąsiadach w gazecie, zobaczy znajomych w telewizji. Wiedzą również o tym pisarze, czego najlepszym przykładem jest sukces "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz czy seria kryminałów Marka Krajewskiego osadzona w realiach Wrocławia. A jeśli o kryminałach mowa, to powieści tego gatunku wydane niedawno a usytuowane w realiach poznańskich, choć niezbyt wysokich lotów literackich, też się dobrze sprzedają. Kaliszanie szturmują teatr nie dlatego, że można się tam pośmiać. Ale dlatego, że rozpoznają na scenie swoich ludzi".»
Andrzej Kurzyński, "Polska Głos Wielkopolski ", 2009-02-04 Fryzjerska farsa
Każdy z nas doskonale zna salon fryzjerski. Ten kaliski - "Szalone nożyczki" - mieści się w suterenie kamienicy i udaje bardzo światowy. Jego właścicielem jest Antoni Wzięty, mocno "przegięty" fryzjer, który kocha teatr i pięknych chłopców. Pomaga mu Barbara Makowska, prowincjonalna piękność z pretensjami i skomplikowaną - jak się w trakcie akcji okaże - osobowością.
Z reguły fryzjerzy są dobrze poinformowani, znają wszystkich i wszyscy ich znają. Nawet w tak dużym mieście jak Kalisz trudno zachować anonimowość pani posłowej czy właścicielowi sklepu z antykami. Salon "Szalone nożyczki" tym się różni od innych, że mieści się w suterenie kamienicy należącej do niegdyś bardzo sławnej pianistki, która rzuciwszy estrady świata, osiadła w rodzinnym mieście. A kiedy postanowiła wrócić do życia koncertowego, została zamordowana.
Marcin Sławiński (reżyseria) osadził farsę Paula Pörtnera w krajobrazie Kalisza, dyskretnie ale zarazem bardzo czytelnie. Publiczność w lot wychwytuje nazwiska mecenasów, lekarzy i lokalnych polityków. Nie bez znaczenia są też animozje kalisko-ostrowskie. W salonie słucha się lokalnego radia, czyta miejscowe gazety... Nieobecnej na scenie pianistce reżyser dorobił także kaliski rodowód. Miejscowe radio o wspomnienie po zamordowanej poprosiło jej szkolnego kolegę - Jana Ptaszyna Wróblewskiego (jak to miło znowu usłyszeć głos człowieka, który swoimi audycjami radiowymi wprowadzał mnie w jazzowe klimaty).
"Szalone nożyczki" to przede wszystkim zagadka, której policjanci nie bardzo potrafią rozwiązać. Szukają wsparcia u publiczności, testując jej spostrzegawczość i zaangażowanie w spektakl. Oglądałem szeregowe przedstawienie i byłem bardzo zdziwiony, jak szybko publiczność dała się wciągnąć w sceniczne śledztwo. Świadczy to bardzo dobrze o jej obywatelskiej postawie. Cóż, może dlatego, że akcja rozgrywa się w ich mieście.
Nie wiem do końca, czy bardziej dzięki zręcznemu ulokalnieniu historii kryminalnej, czy dobremu aktorstwu, od niepamiętnych czasów śmiałem się na farsie. I był to szczery śmiech.
Bezkonkurencyjny okazał się Szymon Mysłakowski jako fryzjer, który zaliczył tę drugą połowę facetów w mieście, której nie udało się zaliczyć jego pracownicy, Barbarze Makowskiej (świetna w tej roli Agnieszka Dulęba-Kasza). Oboje balansując na granicy stereotypu i dobrego smaku, ani na moment jej nie przekroczyli. Duży szacunek wzbudzili policjanci - Wojciech Masacz i Michał Wierzbicki, na którego spadło prowadzenie śledztwa z udziałem publiczności. Najmniej przekonali mnie do swoich postaci Agnieszka Dzięcielska jako pani Dąbek i Zbigniew Antonowicz w roli Edwarda Wurzela, handlarza antykami.»
Stefan Drajewski, "Polska Głos wielkopolski ", 0000-00-00 Zabawa prawie pewna
Publiczność polubi ten spektakl jeszcze zanim na niego pójdzie. Właściwie już go polubiła, chociaż jeszcze o tym nie wie. Fama rozchodzi się pocztą pantoflową. "Szalone nożyczki" w Kaliszu, jak i gdzie indziej, są skazane na sukces, choć nie musi to być komplement.
Mniej więcej do połowy, czyli do przerwy, jest to dość szablonowa komedia kryminalna, której akcja rozgrywa się w salonie fryzjerskim. Autor ani reżyser nie obiecują nam zawiłej ani zaskakującej intrygi, a humor też widywaliśmy już bardziej szampański. Jedynym może elementem, który w tej pierwszej części wystaje poza schemat tego, co w teatralnych farsach najbardziej typowe, to wtręty lokalne, w tym przypadku kaliskie. Przewijają się one zresztą przez cały spektakl. Niektóre z tych dowcipów są nawet śmieszne, inne mniej. Poczucie humoru to sprawa indywidualna, choć istnieją też sensowne odpowiedzi na pytanie, z czego śmieją się Polacy jako ogół. Ja parsknąłem śmiechem, gdy komisarz policji, czyli Michał Wierzbicki, chwycił za telefon, poprosił o połączenie z prezesem klubu Ostrovia Ostrów Wielkopolski i ni stad ni zowąd ryknął mu do słuchawki: "był będzie, jest kaliski ką-ka-es!". Po czym jak gdyby nigdy nic wrócił do przerwanych zajęć. Nijak się to miało do przebiegu akcji, w żaden sposób jej nie motywowało, ale było tak absurdalnie głupie, że aż śmieszne. Inni bawią się świetnie, gdy dochodzi do wskazania sprawcy zabójstwa przez głosowanie. Na głośno wyrażoną uwagę, że na niego głosowano, domniemany złoczyńca odpowiada, że na prezydenta Pęcherza też głosowano. I publiczność się cieszy. Gdy mowa jest o policjancie, pada nazwisko Krzysztofo Majchrzaka, gdy mowa o lekarzu dokonującym sekcji zwłok, wymienia się Andrzeja Kledzika. Jest też Urszula Zybura, a
gdy ktoś mówi o ogłoszeniu do gazety, pojawia się tytuł "Życie Kalisza". Taki sposób mrugania do lokalnej publiczności niezupełnie trafia mi do przekonania, ale skoro ludziom się to podoba, to dlaczego nie? Następnym razem w tym samym spektaklu pojawią się zapewne inne kaliskie nazwiska i nawiązania do naszej przestrzeni publicznej, a Michał Wierzbicki czy Zbigniew Antoniewicz wymyślą jakiś następny skecz czy dowcip, niekoniecznie powiązany z akcją "Szalonych nożyczek", ale za to wywołujący salwy śmiechu. I też dobrze, bo spektakl w ten sposób żyje, ewoluuje i nie zastyga w raz przyjętym kształcie.
Wiąże się z tym główna tajemnica sukcesu sztuki Poertnera. W drugiej części widowiska aktorzy, a głównie Michał Wierzbicki, przejmujący tu rolę animatora scenicznych wydarzeń i wodzireja, wciągają publiczność do aktywnego współudziału w kształtowaniu tego, co dzieje się na scenie. Widownia zaczyna odgadywać, kto zabił. Jest to sprawdzian dla jej spostrzegawczości, zdolności kojarzenia i analizowania, zarazem jednak zabawa, która ma swoje bezpośrednie przełożenie na poczynania scenicznych postaci. Aktorzy muszą być gotowi na każde pytanie czy sugestię ze strony widowni, mieć w zanadrzu wszystkie warianty sprawstwa zbrodni, a więc i dalszego rozwoju akcji, a do tego orientować się w szczegółach przynajmniej tak dobrze, jak policjant prowadzący śledztwo. Ostateczny wynik, czyli odpowiedź na pytanie, kto zabił, zależy od publiczności.
W minioną sobotę na premierze "Szalonych nożyczek" widownia - jak zwykle przy takich okazjach - była pełna. W takich warunkach zawsze znajdzie się przynajmniej kilka osób gotowych dać się wciągnąć do interakcji z aktorami. Zastanawiam się jednak, co by było, gdyby zapełnionych było tylko kilka rzędów? Jest to pytanie raczej retoryczne, bo widownia na "Szalonych nożyczkach" chyba nigdy nie świeci pustkami. Ta sztuka wpisana została do księgi rekordów Guinnessa jako najdłużej grana bez przerwy na scenach amerykańskich. Na całym świecie obejrzało ją już osiem milionów widzów. Triumfy święci również w Polsce i Kalisz prawie na pewno nie będzie tu wyjątkiem.
Tym bardziej że kaliska inscenizacja to także kawałek dobrej roboty reżysera Marcina Sławińskiego, gustowna i jak zwykle trafna scenografia Wojciecha Stefaniaka i może przede wszystkim praca aktorów. Największy wkład kalorii w ten spektakl należał chyba do wspominanego już Michała Wierzbickiego. Koniecznie trzeba jednak zauważyć świetną rolę Szymona Myslakowskiego jako pedałkowatego fryzjera. To dowód, że pamiętna rola tego aktora w "Ferdydurke" i jej uhonorowanie przez jurorów ubiegłorocznych Kaliskich Spotkań Teatralnych nie były przypadkiem ani incydentem bez dalszego ciągu. Zauważmy też Agnieszkę Dulębę-Kaszę. Takiej aktorki w zespole kaliskiego teatru wyraźnie brakowało, zwłaszcza w czasach poprzedniego dyrektora. Teraz z pożytkiem wypełnia tę lukę, a w "Szalony ch nożyczkach" jest bardzo porzebnym kontrapunktem dla poczynań panów, a więc żywiołu męskiego, aż nadto aktywnego w rym przedstawieniu.
Czy trzeba dodawać, że warto je obejrzeć i że nikt przy tej okazji nie powinien się nudzić? Dla porządku przypomnijmy tylko, że mamy do czynienia z komedią, a więc z pewną zabawą, która nie pretenduje do rangi objawienia - czy to artystycznego, czy intelektualnego. Jednak wiele teatrów chce mieć w swoim repertuarze takie przedstawienia, bo dzięki nim może liczyć na pełną widownię i nie mniejszą aprobatę. A o to przecież chodzi.»
Robert Kordes, "Życie Kalisza ", 2009-01-14 |
|