|
Peter Asmussen PlażaStranden „Będziesz tak pięknie o mnie mówił? Będziesz? Jeśli ja umrę pierwsza?" - te słowa padają na końcu sztuki Petera Asmussena Plaża. Jej bohaterowie - dwie pary małżeńskie spotykające się przez cztery kolejne sezony w nadmorskim hotelu - potrzebują takich zapewnień, gdy zdają sobie sprawę z tego, że nagromadzone niepowodzenia życiowe, poczucie osamotnienia, monotonia codzienności przesłaniająca atrakcyjność partnera z czasem wypierają z ich związku miłość. Duńskiego dramatopisarza nie interesuje kryzys postaw społecznych ani zakazane pragnienia człowieka, lecz odwieczny temat miłości. Asmussen nie jest jednak sentymentalny; "mówi o miłości z głęboką i szczerą powagą".
Patronat Duńskiego Instytutu Kultury Przekład Elżbieta Frątczak-Nowotny Reżyseria Rudolf Zioło Opracowanie muzyczne Igor Pietraszewski Konsultacje scenograficzne Wojciech Stefaniak Światła Agnieszka Kot Autor plakatu Tomasz Wolff Autor zdjęć Agnieszka Kot Asystent reżysera Michał Wierzbicki Inspicjent Agnieszka Kasprzak ObsadaMałgorzata Kałędkiewicz Katarzyna Kilar Michał Grzybowski Michał Wierzbicki PremieraPaździernik 2008 Czas trwania spektaklu120 min Scena Kameralna Recenzje Smutek pustych plaż
Ten spektakl nie obiecuje przyjemności ani rozrywki. Atmosfera jest duszna i dławiąca. Jednak historia opowiedziana przez duńskiego dramatopisarza Petera Asmussena podejmuje wątki z życia każdego i każdej z nas. Niekiedy nawet ze sporych fragmentów tego życia. „Plaża" w reżyserii Rudolfa Zioło właśnie weszła na afisz kaliskiego teatru. Jest w tej sztuce coś z dramatów Ibsena i Strindberga, ale i coś z filmów Bergmana. To nawet dość oczywiste, bo autor jest Skandynawem. Pisze współcześnie, bliżej mu więc do języka filmu niż teatru. Narracja jest urywana, opierająca się na zbliżeniach i oddaleniach, wyraźnie podzielona na zamknięte epizody, z których każdy stanowić mógłby oddzielną całość. Wspólnym mianownikiem są postaci bohaterów, miejsce akcji i temat co prawda nie zadany wprost, ale w miarę rozwoju wydarzeń coraz bardziej czytelny. Osoby dramatu to Sanne i Jan oraz Benedikte i Verner, czyli dwa małżeństwa. Raczej młode, choć można by też powiedzieć, że ze średnim stażem. Miejscem akcji jest tytułowa plaża, a przede wszystkim nadmorski pensjonat, w którym te dwie pary spędzają urlop co roku, cztery razy z rzędu. Już sam ten fakt narzuca pewną monotonię. Czy jednak rzeczywiście narzuca? Ta monotonia jest raczej odpowiednikiem krajobrazu wewnętrznego samych bohaterów, pogrążonych w rutynie codziennych zajęć i równie jednostajnego małżeńskiego pożycia. To nie senny kurort nad zimnym morzem i nie pusty pensjonat znalazły tych ludzi, lecz raczej oni podświadomie odszukali i dostroili się do otoczenia, które współgrało z ich wewnętrzną pustką. Lubię smutek wyludnionych plaż i wybrzeże po sezonie. Tu jednak nie mamy do czynienia z nastrojem - jak ktoś go ładnie nazwał - cichego żalu w pustych łodziach, lecz z dramatem, którego temperatura rośnie i który rozgrywa się w przestrzeni sprowadzonej niemal do zera. Z jednej strony mamy bezkres morza i szerokich plaż, czyli świat zewnętrzny, z drugiej ciasnotę hotelowych pokoików, tak do siebie podobnych, że bohaterowie je mylą; pokoiki wyposażone są tylko w to, co niezbędne, ich wystrój został zredukowany do minimum, a scenograf zaledwie zaznaczył swoją obecność. Ta umowność wnętrza tylko podkreśla, że właściwa akcja rozgrywa się nie w przestrzeni zewnętrznej, lecz w duszach bohaterów. Tym bardziej że dramat rozgrywa się w ciszy. Słowa wypowiadane ze sceny stanowią 95 procent wszystkich dźwięków, jakie w tym spektaklu słyszymy. Muzykę wykorzystano jedynie w charakterze przerywników. To nawet całkiem smaczny zestaw popularnych piosenek i chwała mu za to, bo choć trochę rozładowuje - z biegiem czasu tężejącą - atmosferę. Podobnie, jak wykorzystanie przez Vernera sloganu, że muzyka wszystko czyni łatwiejszym. No, wszystko to może nie, ale w każdym razie sporo. Te przebłyski słońca na szarej, a momentami ponurej plaży nie stanowią jednak o istocie tego spektaklu. Asmussen, a wraz z nim reżyser Rudolf Zioło opowiadają historię o niemożności. O niedoścignionym szczęściu, o trudności bycia we dwoje i o tym, jak rutyna niweczy w nas nie tylko wielkie uczucia, lecz nawet drobne przyjemności i umiejętność czerpania satysfakcji z życia jako takiego. Dodajmy, że przed bohaterami „Plaży" stają nie tylko problemy damsko-męskiego pożycia: to byłoby zbyt proste, a życie bywa złożone. Mamy więc i próbę samobójstwa, i inwalidztwo, i rozpacz rodziców po stracie dziecka, i wreszcie samotność po śmierci partnera. To fakty namacalne i konkretne. Poza nimi jednak jest niekończące się pasmo utarczek, kłótni, cichych dni i pospolitej nudy żywota, przerywanej czasem czyjąś zdradą czy atakiem histerii. Mężczyźni w tym spektaklu są - nazwijmy to oględnie - mniej skomplikowani, bardziej przewidywalni i czasem przypominają kilkunastoletnich chłopców. Gdybym miał posłużyć się szalą dobra i zła, musiałbym powiedzieć, że mimo wszystkich swoich wad wyrządzają mniej zła (choć może przemawia przeze mnie męska solidarność, przez feministki zwana szowinizmem). Obie panie, choć różne, łączy pewna przebiegłość, emocjonalne wyrachowanie, niekiedy tylko maskowane łzami czy bezradnością, posiadanie pewnej strategii wpływów na partnera, czemu mężczyźni nie potrafią albo nie chcą przeciwstawić strategii własnej. Zwykle więc przegrywają i muszą ustąpić, choć mogą sobie przy tym krzyczeć, machać rękami czy trzaskać drzwiami, albo - dajmy na to - urwać się na jednego. Szczególnie zwraca uwagę Benedikte. To debiut Katarzyny Kilar, absolwentki krakowskiej PWST. W roli neurotyczki wypadła tak przekonująco, że zastanawiam się, czy nie za bardzo. Nie chcę jednak wyróżniać jednej kreacji kosztem pozostałych, bo wszystkie wyglądały i zabrzmiały szczerze. Po premierze widać było, że aktorzy przeszli w tym spektaklu emocjonalną wyżymaczkę. To również mój problem, bo gdy po czymś takim przychodzi do oklasków, nie mam na to najmniejszej ochoty. Ale klaszczę. Więc jestem nieszczery, bo ani mi do śmiechu, ani do wiwatów: to całkiem inny ton. Może trzeba by wymyślić jakąś zupełnie nową formę wyrażania artystom uznania za to, co zrobili? W każdym razie aktorom też było nie do śmiechu. I taki jest ten spektakl - jeśli nawet z uśmiechem, to wymuszonym, a do tego z ciężkim sercem i przez łzy. Asmussen też nie dał swojemu dramatowi rozwiązania. Cóż z tego, że tym rozwiązaniem jest miłość? To wiemy wszyscy, tylko jak to zrobić?
Robert Kordes , "Życie Kalisza", 2008-10-15 Fatalne zauroczenie
«Nad tytułową "Plażą" Petera Asmussena unoszą się duchy Strindberga, Ibsena, Bergmana, no i oczywiście Muncha. To nie jest rozjaśniona plaża południa, tętniąca życiem, kipiąca seksem. To skrawek urokliwego, ale odludnego, zapomnianego przez ludzi i Boga wybrzeża skandynawskiego.
Widziałem takie na przykład na wyspie Mon w Danii. Na tym wybrzeżu jest pensjonat, w którym szefem, posługaczem i kucharzem jednocześnie jest pijany mężczyzna. Do tego sennego pensjonatu przez cztery kolejne lata przyjeżdżają dwa małżeństwa. Jedno z pięcioletnim stażem, drugie ledwo co po ślubie (ona na dodatek za pierwszym razem jest w ciąży).
Asmussena nie interesuje jednak to, dlaczego wybrali właśnie to miejsce, nie interesują go też konteksty społeczne, socjalne, kulturowe. Jakieś fatalne zauroczenie. Nie wyjaśnia, kim są, czym się zajmują bohaterowie.
Najważniejsze jest to, co ich łączy, a właściwie dzieli. To, że Verner jest urzędnikiem ministerialnym, rzucone mimochodem niczego nie wnosi Nie liczy się dla nich seks, a przynajmniej nie jest najważniejszy. Nie za bardzo boli zdrada Jeśli wiodą takie samo życie w swoich domach na co dzień, jak podczas wakacji, ogarnia przerażenie. To strasznie jałowe życie, ograniczone do wymiany komunikatów, rozmów o niczym Chociaż bohaterowie są cały czas blisko siebie, mijają się, obchodzą, nie dotykają, są do bólu samotni, zamknięci w sobie. Są przerażająco samotni w swojej poprawności i grzeczności. A może tak wygląda również nasze życie?
Szuka Asmussena jest doskonale napisana. Wciąga, rozbudza wyobraźnię Reżyser Rudolf Zioło pozwala bohaterom wieść banalne na pozór życie. Pozwala im oddalać się od siebie, posługiwać się pozorami. Aktorzy muszą swoje postaci nasycić emocjami, czasami graniczącymi z ekshibicjonizmem. Zioło z ukrycia patrzy na nich i nie pozwala na przekroczenie linii granicznej z napisem "uwaga, ekshibicjonizm, uwaga, psychodrama"). Reżyser nie zezwala również na udawanie, podpieranie się tanim psychologizmem. Zamysł ten udał się od początku do końca Małgorzacie Kałędkiewicz (Sanne) i Michałowi Grzybowskiemu (Jan) - starszej parze. On podczas przedostatniego pobytu w pensjonacie jest sparaliżowany. Kto zna ludzi dotkniętych paraliżem, dozna szoku, patrząc na Grzybowskiego. Jest tak przejmująco prawdziwy. A kiedy Małgorzata Kałędkiewicz mówi w finale "Jeśli ja umrę pierwsza Jeśli ty zostaniesz Będziesz wtedy mówił o mnie równie pięknie? Będziesz tak pięknie o mnie mówił? Będziesz? Jeśli ja umrę pierwsza?" - ciarki przechodzą po plecach. To "munchowski krzyk" człowieka żebrzącego o odrobinę miłości.»
Stefan Drajewski, "Polska Gazeta Wielkopolska ", 2008-10-17 Spieszmy się kochać
«W ubiegłym tygodniu na małej scenie Teatru Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu odbyła się premiera sztuki Petera Asmunssena "Plaża" .
Bohaterowie "Plaży", to zwykli ludzie, niczym szczególnym się nie wyróżniający. Ani bogaci, ani biedni. Ani ludzie sukcesu, ani życiowi nieudacznicy. Nie specjalnie inteligentni, ale też nie prymitywni. Już nie młodzi, ale jeszcze nie starzy. Ani piękni, ani brzydcy... Ot, po prostu uosobienie przeciętności, szarzyzny i nudy.
Takie pary małżeńskie, jak w tej sztuce, spotkamy niemal na każdym kroku. Dawno mają za sobą miłosne porywy, a trwają razem z przyzwyczajenia, wygody lub strachu przed samotnością. Wszystko, co mieli sobie do powiedzenia, wielokrotnie już powiedzieli albo raczej wykrzyczeli. Znają swoje charaktery, zainteresowania, czy fobie, które niegdyś wydawały się fascynujące, ale teraz są już tylko miałkie.
A skoro nie ma o czym mówić, kłócą się o nic nie znaczące detale. Rozczarowani, zmęczeni sobą nawzajem, próbują zagłuszać nieznośną pustkę np. muzyką sączą się z radia albo reklamami z telewizora. Instynktownie szukają towarzystwa innych ludzi, naiwnie wierząc, że odnajdą smak życia w przypadkowych romansach. Taką właśnie sytuację oglądamy na kaliskiej scenie, gdzie w nadmorskim hotelu spotykają się dwie pary małżeńskie. Reżyser pozwala nam obserwować ich, niczym zwierzątka w klatce czy bakterie pod mikroskopem, jak zbliżają się do siebie i oddalają, jak zmieniają się w wyniku tych relacji i jakim metamorfozom ulegają wraz z upływem czasu.
Cały spektakl składa się z czterech takich wakacyjnych spotkań, a każde kolejne pokazuje coraz głębszy etap destrukcji, jaką fundują sobie najbliżsi ludzie. Ale świadomość tego faktu dociera do nich mozolnie. A prawda o tym, co tak naprawdę liczy się w życiu, objawia się dopiero wówczas, gdy ogarnia ich cień śmierci.
"Plaża" to spektakl typowo aktorski. Cała scenografia to zaledwie kilka sprzętów imitujących hotelowe wnętrza, plaża to trochę piasku rozsypanego po prosceniu, a morza w ogóle nie ma. Wszystko, co ważne dzieje się tu między ludźmi. I każdy nawet pozornie przypadkowy gest (jak na przykład otwieranie czy zamykanie drzwi) ma tutaj swoje znaczenie. Aktorzy jednak grają tak, jakby nie chcieli powiedzieć wszystkiego do końca. Nie wiem czy to zasługa tekstu Asmussena, czy może raczej reżysera, ale właśnie te "niedopowiedzenia" czynią kaliski spektakl tak fascynującym. Resztę, całą tę wieloznaczną prawdę musimy sobie dopowiedzieć sami.
Kaliscy aktorzy zresztą znakomicie odnaleźli się w tej konwencji. Dobrze znana kaliskiej widowni, Małgorzata Kałędkiewicz w roli Sane bardzo przekonywająco zagrała kobietę, świadomą swych niespełnionych pragnień, która pomału starzeje się i dojrzewa do prawdziwych uczuć. Michał Wierzbicki, który rok temu powrócił na stałe do Kalisza, rolę Vernera może także zaliczyć do swych bardziej udanych kreacji - jego niema rozpacz w finale sztuki na długo pozostaje w pamięci. Miłą niespodziankę sprawiło też dwoje młodych aktorów, którzy niedawno zasilili nasz zespół. Katarzyna Kilar stworzyła naprawdę przejmującą postać Benedikte - neurotycznej, rozdygotanej dziewczyny, chorobliwie spragnionej miłości i czułości. A Michał Grzybowski( syn kaliskich aktorów) wreszcie udowodnił, że niedaleko pada jabłko... Jego Jan to typ wiecznego chłopca, który lubi nurkować i zbierać bursztyny, ale też potrafi z pokorą znosić zrządzenia losu.
Zdaje się, że reżyser spektaklu Rudolf Zioło solidnie popracował z aktorami. Na odrobinę reżyserskiego szaleństwa pozwolił sobie dopiero w finale spektaklu, kiedy to niespodziewanie odsłoniło się wielkie okno za sceną, ukazując nocny pejzaż miasta i uświadamiając nam, że pod tamtymi dachami też mogą kryć się podobne tragedie. A jednocześnie całą widownię wypełnił narastający szum morza. Jeśli symbolem pustego życia miała być martwa plaża, morze mogło być tylko krokiem ku śmierci. Morze, które - jak twierdzi właściciel hotelu pomału pochłania ląd i trudno je powstrzymać.
I wtedy przybłąkała mi się do głowy piękna, acz mocno już nadużywana, fraza księdza Jana Twardowskiego: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...".»
Bożena Szal-Truszkowska, "Ziemia Kaliska ", 2008-10-17 |
|