David Drábek 
Pływanie synchroniczne
Akvabely 

David Drábek (ur. 1970) jest dramatopisarzem i reżyserem, ukończył studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Palackiego w Ołomuńcu (Czechy). Jako student wziął udział w konkursie im. Alfréda Radoka na najlepszą oryginalną sztukę teatralną; laureatem tego konkursu został w 1994 (Jana z parku) oraz w 2003 (Pływanie synchroniczne). Założył Studio Teatralne Płonące żyrafy (obecnie scena studyjna w teatrze Moravské divadlo w Ołomuńcu), w którym wystawia własne sztuki pisane dla konkretnego zespołu. Teatr jest dla Drábka przestrzenią metafory i groteski, poprzez które pokazuje bolesne uwikłania współczesnego człowieka. „Odczuwam wstręt do rzeczy ekstremistycznych - mówi Drábek - ale właśnie dlatego, że takie rzeczy - na przykład drobnomieszczaństwo i mass media - nam zagrażają, ludzie muszą się bronić, muszą krzyczeć. Teatru, który tego nie robi, nie rozumiem."

W sztuce Drábka tytułowe pływanie synchroniczne to jedyna więź z czasów studenckich, jaka łączy - dziś już trzydziestokilkuletnich - przyjaciół. Obrawszy odmienne drogi życiowe, na różne sposoby konfrontowani są z rzeczywistością. Kajetan wikła się w konformistyczny i wyniszczający osobowość show biznes, Paweł próbuje przeciwstawić się wszechobecnym mechanizmom konsumpcji i marketingu, zaś Filip w zaskakujący sposób manifestuje swoje usunięcie się ze świata zdegradowanych relacji międzyludzkich, świata zunifikowanego przez komercję i mass media. Ten budzący przerażenie obraz współczesności ujęty jest w klamrę groteski i kabaretowego skrótu, które nadają mu humorystycznego dystansu.

Akvabely prezentowane były w Polsce przez studentów Akademii Muzycznej im. Leoža Janáčka w Brnie w reżyserii Mariana Amslera podczas Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi (2006) oraz przez zespół Kliperowo Divadlo Hradec Kralove w reżyserii Vladimíra Morávka w ramach IV Wałbrzyskich Fanaberii Teatralnych. W styczniu 2008 dramat Drábka czytany był we wrocławskim Jazz Klubie Rura.

Przedstawienie kaliskie to polska prapremiera Pływania synchronicznego, która odbyła się 20 września 2008.

Przekład
Krystyna Krauze
Reżyseria
Janusz Łagodziński
Scenografia
Wojciech Stefaniak
Muzyka
Bolesław Rawski
Choreografia
Witold Jurewicz, Kama Jankowska
Światła
Piotr Pawlik
Projekcje multimedialne
Marta Miaskowska
Autor plakatu
Wojciech Stefaniak
Autor zdjęć
Tomasz Wolff
Asystent reżysera
Szymon Mysłakowski
Inspicjent
Elżbieta Kaczmarek


Obsada

Izabela Beń
Agnieszka Dulęba-Kasza
Kama Kowalewska
Izabella Piątkowska
Bożena Remelska
Zbigniew Antoniewicz
Wojciech Masacz
Szymon Mysłakowski
Dariusz Taraszkiewicz
Marcin Trzęsowski
Mariusz Witkowski / Michał Grzybowski
Michał Jasiński


Premiera
Wrzesień 2008

Czas trwania spektaklu
90 min

Scena Kameralna
Recenzje

RecenzjaJesteśmy jak bracia Czesi

Kiedy przeczytałem, że prawie 80 procent badanych Czechów nie wie, co stało się w 1968 roku w Czechosłowacji, poczułem się nieswojo. Kilka tygodni później Polacy pytani, co się stało 17 września 1939 roku, w 69 procentach też nie wiedzieli. Jak to się ma do polskiej prapremiery „Pływania synchronicznego" Davida Drabka?
W Polsce, jeśli temat naszej rodzimej przeszłości wraca na karty dramatu, wraca w postaci poważnej, martyrologicznej. Czesi natomiast czynią zeń temat zabawy, kpiny. Skutek? Młode pokolenie i w jednym i w drugim kraju ma przeszłość coraz częściej w nosie, a świat poznaje za pośrednictwem tabloidów lub telewizyjnych programów rozrywkowych, w których goście zrobią wszystko, aby zostać zauważonym.
Drabek pokazuje na trzech przykładach, jak potoczyło się życie byłych idoli uprawiających pływanie synchroniczne. Paweł (Mariusz Witkowski) został wiecznym opozycjonistą i krytykantem rzeczywistości. Filip (Dariusz Taraszkiewicz) wybrał emigrację wewnętrzną. Kajetan (Zbigniew Antoniewicz) popłynął z prądem i został idolem gawiedzi. Każdy poszedł w swoją stronę, ale to, co ich przez lata łączyło, zostało: pływanie, basen, woda... Spotykają się, dzielą się swoimi problemami, próbują się wzajemnie ratować, ale nie zawsze im to wychodzi.
Komedia Drabka jest przezabawna, zwłaszcza dla tych, którzy lubią czeski humor. Nie doszukiwałbym się jednak w niej głębszych diagnoz egzystencjalnych. Refleksje o tym, że ulegamy globalizacji, że tracimy swoją prywatność, że mamy ciąg na szkło, bo ono gwarantuje sukces, pieniądze, sławę i mir wśród sąsiadów - to wszystko już wiemy. Oglądając ją, odniosłem wrażenie, że jesteśmy podobni, a nawet tacy sami, jak bracia Czesi.
Polska prapremiera sztuki Drabka ma telewizyjne tempo, które czasami - mimo znakomitych projekcji multimedialnych Marty Miaskowskiej - siada. Ale ma też kilka przejmujących scen i dobrych ról. Na mnie największe wrażenie zrobiła Bożena Remelska grająca wiejską nauczycielkę, która pojawiła się w show Kajetana „Dokopcie im". Nie jeden raz widziałem przysłowiowe „panie nauczycielki" w podobnych programach i zastanawiałem się, czy naprawdę warto zeszmacić swój autorytet dla wątpliwej sławy? Remelska pokazała z rozbrajającą szczerością ludzką bezbronność wobec magii telewizyjnego blichtru. Wielkie brawa należą się także trójce protagonistów, którzy naszkicowali oryginalne typy ludzkie, chociaż Zbigniew Antoniewicz mógłby chwilami powściągnąć swoją aktorską szarżę. Rozumiem, że łatwo zagrać showmana ludzkich dusz. Ale Kajetan nie jest nim chyba do końca. Kiedy pokazał w programie cząstkę innego siebie też odniósł sukces. Antoniewicz, gdy zapominał o stereotypowych inżynierach ludzkich dusz doskonale nam znanych z ekranu, kiedy szukał własnego o nim wyobrażenia, był naprawdę przekonujący.
Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego: David Drabek, „Pływanie synchroniczne". Reżyseria - Janusz Łagodziński, muzyka - Bolesław Rawski, choreografia ­ Witold Jurewicz i Kama Jankowska, światła - Piotr Pawlik, projekcje multimedialne ­­­­- Marta Miaskowska, prapremiera polska 20 września 2008.

Stefan Drajewski, "POLSKA Głos Wielkopolski ", 2008-09-23

RecenzjaPływanie bez telewizora

Oto mamy sztukę współczesną, traktującą o tym, co nas otacza - w każdym miejscu i o każdej porze. „Pływanie synchroniczne" czeskiego dramatopisarza Davida Drabka wyreżyserował w kaliskim teatrze Janusz Łagodziński.
Drabek nie tylko pisze sztuki, ale też je reżyseruje, a i na tym nie koniec, bo trochę z niego publicysta i trochę kabareciarz. Tę skłonność do mówienia wieloma językami i docierania z przekazem do różnych grup publiczności wyczuwa się również w „Pływaniu synchronicznym". Ciężar akcji spoczywa tu na sekwencjach zamkniętych dosadnymi, nieraz dowcipnymi puentami. Jednak nie o humor tu chodzi, a w każdym razie nie tylko o humor. Generalnie rzecz jest o tym, do jakiego stopnia opanował nas już telewizyjny bełkot, jak bardzo oblepieni jesteśmy reklamową papką, odmóżdżeni przez tabloidy, telenowele, teleturnieje, wideoklipy, plotki, skandale i prymitywną agresję. Wydawać by się mogło, że dobór tego, co czytamy i oglądamy, nie jest najważniejszą rzeczą pod słońcem. Sztuka dla gawiedzi istniała zawsze, miała się dobrze i świat od tego jakoś nie zginął. Rzecz w tym, że współcześnie wciska się już w każdy kąt, dyktuje nam treść naszych rozmów i wybiera za nas język, którym się posługujemy, rządzi naszym wyglądem, zachowaniami i przekonaniami, wpływa na ludzkie losy, na to, kim chcielibyśmy być i kim naprawdę jesteśmy. Dotyczy to również tych, którzy jeszcze uczestniczą w kulturze wysokiej. Nie żyją przecież w izolacji i z całym tym ogłupiającym chłamem stykają się codziennie, wychodząc na ulicę i obcując z ludźmi. Czy jest to powód do wyrywania sobie włosów z głowy? Dla większości z nas nie. Co najwyżej ponarzekamy sobie, że mamy 60 programów, a mimo to nie mamy czego oglądać. Dla bohaterów „Pływania synchronicznego" problem jest jednak dramatyczny i nie ogranicza się tylko do repertuarowego i intelektualnego ubóstwa mass mediów. Kiedyś obiecywali sobie, że nie ulegną masowemu bezguściu, pogoni za modą, popularnością i pieniądzem. Okazuje się to trudniejsze niż można by przypuszczać. Oto np. Paweł (Mariusz Witkowski) staczać musi boje z własną żoną i dzieckiem, którzy nie rozumieją, dlaczego nie mieliby mieć tego, co mają wszyscy. - Co mam robić, żeby ci się podobać? Zarabiać „kapuchę", uśmiechać się do każdego oszusta i złodzieja, obżerać się na przyjęciach? - pyta żonę. - Od dłuższego czasu nie wiem w ogóle, o co chodzi między ludźmi. Zaczęło się od tego, że te słowa w radiu, na ulicy czy w telewizji przestały mieć dla mnie jakikolwiek sens. Patrzyłem na ludzi, łapałem oddech, żeby wreszcie zaskoczyć, ale żadnego efektu. Takie stany są coraz dłuższe - wyznaje Filip (Dariusz Taraszkiewicz). - Wciąż zapominam o sobie samym. Nie modlę się, nie medytuję, nie czytam starych listów, gadam bezsensy. Pozostał tylko Wielki Brat-wieprz - mówi Kajetan (Zbigniew Antoniewicz), telewizyjny showman prowadzący talk show, a więc - zdawać by się mogło - człowiek sukcesu, który powinien być z siebie zadowolony. W którymś momencie nie wytrzymuje i - nie zważając na to, że patrzą na niego miliony telewidzów - łamie konwencję własnego programu. Przez moment jest szczery do bólu, agresywny, nawet chamski, ale prawdziwy. Wydaje się, że to jego koniec w show-biznesie i że przy tej okazji pomieszał trochę szyki Wielkiemu Bratu. Ale nic z tego. Wielki Brat nie takie już rzeczy przerabiał. Kajetan dostaje nowy program, taki właśnie, jakim był jego ostatni wyskok - chamski, złośliwy i szczery do obrzydliwości. W podobny sposób show-biznes wchłonął kiedyś hipisowską kontestację, potem bunt punków i wchłania do dziś każdy, byle spektakularny, odruch sprzeciwu. Czy więc nie ma żadnego wyjścia? Jakieś pewnie jest, ale już nie-ludzkie, prawie niemożliwe i kosztujące tyle, że uciekinier przestaje być sobą. Pokazuje to przykład Filipa w groteskowej, ale i na swój sposób pięknej scenie ucieczki poprzez wodę. Szczegółów nie zdradzajmy. Powiedzmy tylko, że takich zapadających w pamięć scen i epizodów jest w tym spektaklu więcej. Świetne są na przykład Izabela Beń, Agnieszka Dulęba-Kasza i Kama Kowalewska w rolach panienek, które „są trendy", z mózgami skutecznie zdrenowanymi przez kulturę masową. Takich półidiotek znamy, niestety, więcej, a aktorki musiały się nieźle bawić, wcielając się w te popkulturowe mutantki.
- Teatr ma być bardzo krzykliwy, choćby dlatego, że gra codziennie i grają w nim żywi ludzie. To jest trybuna. Odczuwam wstręt do rzeczy ekstremistycznych, ale właśnie dlatego, że takie rzeczy - na przykład małomieszczaństwo i mass media - nam zagrażają, ludzie muszą się bronić, muszą krzyczeć. Teatru, który tego nie robi, nie rozumiem - mówi David Drabek. W kontekście „Pływania synchronicznego" słowa te wydają się być jak najbardziej na miejscu. Reżyser Janusz Łagodziński zrozumiał to przesłanie dość dosłownie, ale uważam, że trafnie. Odrobina publicystyki w teatrze, nawet na tematy doraźne, a cóż dopiero uniwersalne, nie musi być czymś złym. Estetyki teledysku, gadżetów ery techno czy telewizyjnych reklam też można używać w różny sposób. Ciekawym i co ważniejsze, uzasadnionym pomysłem jest wykorzystanie w tym spektaklu projekcji multimedialnych. Rzucane z wielkim hukiem na ekran strzępy reklamówek i filmów akcji są tu  dodatkowym aktorem i komentarzem, karykaturalnym i spotworniałym greckim chórem.
Na temat tego spektaklu słyszałem już różne opinie, także niepochlebne. Z tymi ostatnimi się nie zgadzam. On przede wszystkim nie nudzi, czego nie można powiedzieć o wielu innych współczesnych poczynaniach teatralnych. Drugi wielki plus to tematyka - i w tym już zasługa autora, ale także reżysera i dyrektora, którzy zdecydowali się akurat na ten, a nie inne teksty. Po trzecie wreszcie - dźwiękowe i wizualne atuty samej realizacji, dość wartka akcja i aktorska dyscyplina. Będzie jeszcze po czwarte. „Pływanie synchroniczne" można polecić każdemu. Każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie i o sobie.

Robert Kordes, "Życie Kalisza", 2008-09-24