Molier 
Tartuffe albo Szalbierz
 

Zapraszamy na jedną z najgłośniejszych sztuk Moliera Tartuffe albo Szalbierz. Napisana w 1664 roku, przez pięć lat była objęta zakazem wystawiania, wydanym przez Ludwika XIV, zaś arcybiskup Paryża pod karą ekskomuniki zabraniał wiernym przedstawiania, oglądania, a nawet czytania tego utworu. Tym większe emocje budziły więc lektury Tartuffe'a w paryskich salonach i przedstawienia w teatrach prywatnych. Czy także dzisiaj, po niemal trzystu pięćdziesięciu latach, utwór Moliera wciąż budzi tak żywe reakcje? Czy Tartuffe nadal pozostaje symbolem siły politycznej wykorzystującej religię dla osiągnięcia własnych celów, czy Orgon zaślepiony ideologią i dziś mógłby doprowadzić do ruiny rodzinę, czy dobrotliwa pani Pernelle wciąż jest w stanie terroryzować najbliższych swą naiwną wiarą?

Przekład
Jerzy Radziwiłowicz

Reżyseria
Grzegorz Chrapkiewicz

Scenografia
Hanna Szymczak

Opracowanie muzyczne
Robert Leszczyński

Światło
Olaf Tryzna


Obsada

Agnieszka Dulęba – Kasza
Krystyna Horodyńska
Kama Kowalewska
Izabella Piątkowska
Remigiusz Jankowski
Jacek Jackowicz
Wojciech Masacz
Szymon Mysłakowski
Adam Szymański
Dariusz Taraszkiewicz / Marcin Trzęsowski
Lech Wierzbowski


Premiera
Kwiecień 2008

Czas trwania spektaklu
80 min

Duża Scena
Recenzje

RecenzjaTartuffe w garniturze

Takich Tartuffe'ów mamy dookoła na pęczki, nie tylko w Kaliszu. Pełno ich w polityce. Pracują w korporacjach, mieszkają po sąsiedzku. Wniosek? Molier ma rację: szalbierze byli, są i będą.

A Grzegorz Chrapkiewicz mając tego świadomość, sięgnął po „Tartuffe'a" w przekładzie Jerzego Radziwiłowicza, który, jak na aktora przystało, tak go przełożył, aby sprzyjał aktorom, aby brzmiał współcześnie. Wiersz się załamuje, wytraca swoje metrum na rzecz bardziej naturalnej składni. Jednak, jeśli ktoś myśli, że usłyszy jakieś „nara" czy „spoko", to się zawiedzie. To nie jest przekład na język potoczny ani slangowy.

Chrapkiewicz skrócił do maksimum Moliera (przedstawienie trwa bez przerwy półtorej godziny). Zastosował technikę narracji znaną z filmów akcji, szybkie tempo, wyraźnie zarysowane postaci i sceny. Nawet nieznaczne zmiany scenografii dokonują się w klimacie filmów akcji (gratuluję ról pracownikom technicznym). Do tego znakomity zabieg z kostiumami. Bohaterowie kaliskiego „Tartuffe'a" pojawiają się na scenie w kostiumach stylizowanych na czasy Moliera, choć kryzy i żaboty jakby nie takie. Widać od razu, że mają charakter znakowy; tylko odwołują się do tradycji, a nie udają jej. Spod spodu wyziera zwyczajna odzież rodem ze sklepu za rogiem. W miarę upływu akcji, w zasadzie podczas drugiego wejścia postaci na scenę, oglądamy ich w koszulkach, marynarkach, sukienkach, bojówkach... Z tego założenia wyłamuje się tylko tytułowy Tartuffe, który od pierwszej do ostatniej sceny występuje w dobrze skrojonym garniturze.

Redukcja. To jest kolejny klucz do współczesnego odczytania Moliera. Kaliski Tartuffe to może być pracownik korporacji, polityk (bardziej kojarzy mi się z prawą stroną polityki), który jest ubrany w markowy garnitur, dobrze ostrzyżony, wygolony (niemalże metroseksualny), bardzo dobrze wychowany, gotowy na wszystko, zaangażowany w to, co robi. Ale jest to maska. Pod tą powłoką kryje się bezwzględne zwierzę, które dla dobra własnego pod płaszczykiem interesu firmy lub partii zrobi wszystko, posunie się do najgorszych świństw. Po prostu szalbierz. Świetną rolę stworzył Szymon Mysłakowski.

Nie jest to jedyna udana rola w tym przedstawieniu. Rewelacyjna była Doryna Agnieszki Dulęby-Kaszy, zbuntowana, potencjalnie przyszła mieszkanka skłotu. Krwistą Panią Pernelle, matkę Orgona, zagrała Krystyna Horodyńska, która jako żywo przypominała mi panie w moherowych beretach. Bardzo dobry był też Kleant w wykonaniu Dariusza Taraszkiewicza. Zwykle postać tę traktuje się jako starego, marudnego kawalera. Tymczasem Dariusz Taraszkiewicz nadał mu rys inteligenta - mentora, który z dystansem komentuje świat.

Mamy w Kaliszu nowego „Tartuffe'a". Przedstawienie mądre, które wiele mówi o nas bez nachalnych aktualizacji, bez konkretnych odniesień czy aluzji wprost.[...]

Stefan Drajewski, "Polska Głos Wielkopolski", 2008-04-29

RecenzjaMolier jako tako

[...] O scenografii do tego spektaklu już przed premierą mówiło się, że jest ascetyczna. Można to też ująć inaczej: jest taka, że prawie w ogóle jej nie ma. Nie musi to być zarzut. Głównym atutem takiego minimalizmu jest więcej miejsca na grę aktorską i na samą obecność aktorów. Molier pisał przecież również dla nich i pod nich. Może nawet przede wszystkim. I aktorzy w tym spektaklu są, a niektórzy nawet SĄ. W sumie jest ich sporo, bo tuzin. Wśród tych dwunastu ról są oczywiście lepsze i gorsze, takie, które zapadają w pamięć i takie, o których zapominamy niemal natychmiast po wyjściu z teatru. [...] Po tym spektaklu na pewno nieprędko zapomnimy o Izabelli Piątkowskiej w roli Elmiry. Nie od dziś wiadomo, że to - przepraszam za wyrażenie - kawał dobrej aktorki. A Elmira to rola, którą łatwo przerysować, uderzyć w fałszywy ton, zagrać nieszczerze. W takich przypadkach lepiej czegoś nie dopowiedzieć niż powiedzieć za dużo, za mocno czy za głośno. Pani Izabella zdaje się doskonale to rozumieć. W roli Orgona wyraźnie odżył Lech Wierzbowski, który ostatnimi czasy był jakby mniej widoczny na kaliskiej scenie, a może też bardziej przygaszony. Rola Orgona wymaga pewnej wyrazistości i została zagrana tak, że chyba byłby z tego zadowolony sam Molier. A skoro już o wyrazistości mowa, nie sposób było nie zwrócić uwagi na Agnieszkę Dulębę-Kaszę jako Dorynę. Szymon Mysłakowski miał kolejną - po niedawnej realizacji „Ferdydurke" - okazję do zabłyśnięcia swym aktorskim talentem w jednej z głównych ról, w tym przypadku nawet w tytułowej. I po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z najlepszych, a może i najlepszym z grających w Kaliszu aktorów młodszego pokolenia. Z ról drugiego planu warto wspomnieć o Mariannie (Kama Kowalewska) i zupełnie już epizodycznym Godzicu-komorniku (Jacek Jackowicz). Ale przecież my to wszystko wiemy. [...]

Robert Kordes, "Życie Kalisza", 2008-04-30